July 20, 2012

too much

halo, halo. ponad dziesięciodniowa nieobecność. słabo. a wszystko spowodowane tym, że w moim życiu dzieje się pełno ważnych spraw naraz. przepakowywuję się z jednej walizki w drugą, kupuję bilety tam i spowrotem, a najgorsze jest to, że nie do końca są to spokojne i relaksujące podróże. zawsze jest chwila wytchnienia, szczerych rozmów, czy spacerów. temu nie mogę zaprzeczyć, ale głownym zadaniem jest dostarczanie na uczelnie wszelakich dokumentów, co w rzeczywistości nie powinno być jakoś mega problematyczne, ale w perspektywie tego, że jutro wyjeżdżam i nie będzie mnie w kraju przed sześć tygodni, jestem strasznie zestresowana, bo niczego nie będę mogła dopilnować osobiście. jest to dla mnie aktualnie jedna z najważniejszych spraw i wiem, że zostawiam ją w rękach odpowiedzialnych osób, ale gdzieś tam w środku mnie czai się poczucie, że wszystko załatwiłabym najlepiej sama. mam nadzieję, że nie tylko ja tak mam. czułabym się z tym bardzo źle.

btw. liczę na to, że powyższy teledysk już dawno obejrzany, a piosenka zapętlona. może się spodoba, może nie. ja się w niej zakochałam. nie potrafię jej jednak słuchać bez oglądania. czuję z nią jakąś więź, szczególnie w ostatnich dniach, kiedy mój nastrój jest równie melancholijny jak niektóre fragmenty tego utworu. ponadto słuchając jej napada mnie faza głębkokich przemyśleń. sprawdźcie, może się też zakochacie, a może znienawidzicie. a może sobie też coś głęboko poprzemyślacie...

tymczasem wróćmy do moich traumatycznych przeżyć minionego tygodnia. we wtorek miałam test ze sprawności pływackich, który był jednym z etapów rekrutacji na studia. co to była za masakra. był to dla mnie istny koszmar. o ile jeżdżenie na basen dzień w dzień przez ostatnie trzy tygodnie było dość przyjemnie. nieco problematyczne, ale przyjemne. to dzień egzaminu był dla mnie istnym horrorem. przepłynięcie dwóch basenów na czas ma w dużej mierze decydować o tym, czy się dostanę na studia, czy nie. taka ważna sprawa zależna od kilkudziesięciu sekund. coś strasznego. ja, owszem, lubię pływać, ale ten PRZEOGROMNY stres mnie prawie zabił. chyba nie mogłabym być sportowcem. powtarzam to już wszystkim dookoła, że pierwszy raz startowałam w jakiejś konkurencji, gdzie ktoś mnie oceniał inaczej niż zwykle. inaczje niż jestem przyzwyczajona. nikt nie sprawdzał mojej wiedzy, tylko sprawność i umiejętności. to zdecydowanie nie dla mnie. takie emocje wolę oglądać w telewizji. w każdym razie fakt, że stres działa motywująco potwierdzam, bo pobiłam podczas tego 'wyczynu' swój osobisty czasowy rekord, więc jestem zadowolona. jak już wcześniej wspominałam bardzo lubię pływać, ale przez najbliższy, długi czas nie zamoczę się w chlorowanej wodzie. i sądzę, że moje włosy i paznokcie będa mi za to wdzięczne.

chciałabym jeszcze tyle napisać, ale padam z nóg. jutro z samego rana wyjazd. poza tym mam jakieś rozbiegane myśli. a żeby mi nie było za dobrze, to laptop odmówił mi dzisiaj posłuszeństwa. aktualnie piszę z laptopa mojego lubego, któremu jestem niezmiernie wdzięczna za użyczenie. mój sprzęt udaje się do serwisu i mam nadzieję, że do dwóch tygodni dołączy do mojej podróży cały i zdrowy. taka u mnie ostatnio smętno-melancholijna aura. mam nadzieję, że wam się za bardzo nie udzieli. nie mam nawet siły czytać tego tekstu, w celu wyszukania błędów. ps. skoro jak chodzi o coś co słyszymy, to mówimy 'do usłyszenia' to dlaczego apropo czegoś co czytamy, nie mówi się 'do uczytania'? albo do poczytania, albo do przeczytania... w każdym razie dobranoc i do czegoś z tych wyrazów z poprzedniego zdania. to było trochę zdanie zagadka. jakby. a czego dziś nie przelałam w tekst, przelałam w zdjęcia. odezwę się za kilka dni. mam nadzieję, że tu jeszcze wtedy będziecie. 

1 comment:

  1. your blog is very sweet with cool photos.

    ReplyDelete

your comments inspire me. thank you for stopping by.